Od kiedy pamiętam, zawsze byłem zafascynowany światem wielkiej polityki. Przez całe studia marzyłem o spełnieniu swoich ambicji związanych z tym zainteresowaniem. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że jestem marynarzem – wówczas studentem 5-tego roku Nawigacji AM w Gdyni.

Moja szansa pojawiła się na horyzoncie zupełnie znienacka – zauważyłem na uczelni plakat z ogłoszeniem o konkursie organizowanym przez Pana Posła Jarosława Wałęsę. Przedmiotem konkursu było opracowanie szczegółowego, autorskiego planu obchodów Europejskiego Dnia Morza 2011.Nagrodą - staż w Biurze Poselskim w Brukseli. Poczułem niemal, jakby znana z kreskówek żarówka zaświeciła mi się nad głową i byłem desperacko wręcz zawładnięty myślą o szansie, która „wisi w powietrzu“. Moje aspiracje szybko ostudził fakt, że następnego dnia miałem zamustrować na promie pasażerskim relacji Świnoujście-Ystad, w celu dokończenia 12-miesięcznej praktyki morskiej, do czego byłem niestety zobligowany.

W związku z tym, pracę konkursową napisałem w przerwach między myciem pokładu a mocowaniem ciężarówek podczas załadunku. Suma sumarum – wygrałem konkurs (nic nie przynosi większego natchnienia niż poranne szorowanie statku). Nie potrafię opisać ekscytacji, która wiązała się z tą wygraną – z pewnością  był to jeden z tych momentów, w których człowiek zaczyna wierzyć, że wszystko jest możliwe.

Przed rozpoczęcia stażu zdążyłem spełnić wszystkie formalnośći związane z indywidualnym tokiem studiów i zakwaterowaniem w Brukseli. W efekcie, 7-mego stycznia 2010 r. przybyłem do europejskiej stolicy, w celu zdobywania świata. Nie mogę nie wspomnieć o przemiłej „babci“ – Pani Marie-Christine, w której mieszkaniu „rzuciłem kotwicę“ na najbliższe 3 miesiące.

Następnego dnia stanąłem przed monumentalną wręcz (nie przepadam za nadużywanym ostatnio określeniem – epicką) panoramą europejskich instytucji z Parlamentem przy słynnej Rue Wiertz na czele. „Szklane domy“ zrobiły na mnie ogromne wrażenie, ale starałem się zachować skupienie i wywrzeć jak najlepsze wrażenie na przyszłych współpracownikach.

Nie skłamię, jeśli powiem, że wraz z pierwszym krokiem, który postawiłem w Biurze, wszystkie obawy i ich efekty (z „kluską w gardle“ na czele) spadły mi z serca. Kapitan tego statku – Pan Jarosław Wałęsa, poklepał mnie po plecach z uśmiechem na ustach, mówiąc żywiołowo: „Witamy w drużynie!“. Zazwyczaj inni kapitanowie mówili do mnie na przywitanie „Mr. Pacholczyk – jesteś tu tylko kadetem, pędzel w dłoń i do roboty!“. Szybko znaleźliśmy wspólny język z asystentkami Pana Posła, otrzymałem swoje obowiązki, „familiaryzację“ z biurem i podstawowymi zasadami poruszania się w ogromnej przestrzeni Parlamentu Europejskiego. Pod względem jakości i komfortu pracy było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie – od samego początku czułem się częścią zespołu.

Analizując pracę, którą wykonywałem jako stażysta, pierwszą myślą jaka przychodzi mi do głowy jest „znaczenie“. Pracując w Biurze Poselskim Jarosława Wałęsy człowiek czuje każdego dnia, że jego działania mają znaczenie. Dostałem od pracowników biura kredyt zaufania, powierzono mi odpowiedzialne obowiązki, które motywowały mnie bardzo do pracy. W czasie mojego stażu miałem okazję nie tylko być świadkiem bardzo interesujących wydarzeń politycznych, ale również poczucie, że w tym uczestniczę, że jestem częścią tej wielkiej, imponującej machiny, która kształtuje życie europejczyków. To jest moje najwspanialsze wspomnienie, którego nie można porównać z niczym innym. Dostałem szansę pracy nad tematami szczególnie mi bliskimi – losem polskich marynarzy, piractwem morskim czy sytuacją morskiej gospodarki w odniesieniu do Polski jak i całej Europy.  Ciekawym doświadczeniem była również organizowana przez nasze biuro konferencja pt.: “Eye on Sudan“ dotycząca referendum w Sudanie. Między innymi, dzięki temu wydarzeniu miałem okazję poznać wielu polityków światowego formatu, z Panem prof. Jerzym Buzkiem na czele. Reasumując – pod względem doświadczeń staż był spełnieniem najskrytszych marzeń młodego człowieka, który próbuje odnaleźć swoją życiową drogę.

Nie należy zapominać jednak, że okres stażu to nie tylko praca. Szczególnie w Brukseli – miejscu, gdzie przekrój społeczny jest wypadkową wielu kultur spotykających się w tej europejskiej stolicy, często w podobnym celu – kształtowania naszej europejskiej rzeczywistości. Brzmi to bardzo dumnie, wręcz wybujale – ale zapewniam, że nawet fundamentalny realista za jakiego się uważam odnosi takie wrażenie.

W czasie wolnym od pracy jest w Brukseli „co robić“. Korzystając z przyjaźni, którą nawiązałem z  innym stażystą – amerykaninem Davidem (moim poprzednikiem w biurze Pana Posła Wałęsy) zwykliśmy chadzać na tzw. obiadki czwartkowe (nie należy mylić z tymi u Króla Stasia) do przytulnej knajpki o subtelnej nazwie „Fat Boys“. Dave próbował tam zaszczepić we mnie miłość do amerykańskiego futbolu (bez pozytywnego rezultatu). Legendarnym wręcz miejscem spotkań towarzyskich w Brukseli jest pub „Delirium Cafe“, w którym stażyści zwykli spotykać się w weekendy, żeby na chwilę zapomnieć o parlamentarnym świecie i napawać się klimatem rock’n roll’a. Ponieważ do zagorzałych rock’n roll’owców należę, było to miejsce często przeze mnie odwiedzane. Tego specyficznego klimatu nie da się zapomnieć – i nie jestem w tym wrażeniu odosobniony. Miłość do muzyki zacieśniała nie tylko „pozaparlamentarne“ znajomości – mieliśmy również okazję udać się całą biurową drużyną (wraz z kapitanem) na koncert ukochanej przez nas wszystkich grupy Faithless.

Kolejnym wspaniałym aspektem życia w Brukseli są podróże. Dzięki doskonale rozwiniętej sieci komunikacji międzynarodowej i korzystnemu położeniu geograficznemu, nie stanowi problemu wybrać się na weekendowy wypad do Paryża, Amsterdamu czy Londynu. Wraz z moją dziewczyną, która odwiedziła mnie w czasie stażu zwiedziliśmy w ten sposób francuską stolicę, Amsterdam, Rotterdam, Antwerpie i Brugie. Wspominam to z niezwykłym sentymentem – miałem wtedy również okazję odwiedzić mojego tatę, który w tym czasie jako kapitan statku zawinął do portu w Rotterdamie a nawet odwiedzić „stare kąty“ ukochanego żaglowca – Daru Młodzieży, który cumował wówczas w Antwerpii.

Pisząc te słowa, mija pół roku od kiedy wróciłem z Brukseli. Wciąż tęsknię za tym niepowtarzalnym klimatem, za korytarzami Parlamentu, za stekiem z frytkami w parlamentarnej stołówce, za konferencjami, sprawozdaniami, dyskusjami, słownymi utarczkami z przymróżeniem oka z Magdą (:D), futbolem amerykańskim (którego w ogóle nie rozumiem), Delirium Cafe i przyszywaną babcią, która wielokrotnie bezinteresownie prała moje skarpetki.

Kilka dni temu skończyłem studia i nie daje się ugiąć pod syndromem post-studenckiej chandry – jestem zwarty i gotowy.  Wiem, że wrócę do Brukseli – mam tam przyjaciół, z którymi cały czas utrzymuję kontakt, zostawiłem tam marzenia, które muszę spełnić.

 

Filip

© Jarosław Wałęsa 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone.
realizacja: Nabucco